
Niezwykle długo trwało aż wreszcie zdobyłem tą grę. Ale warto było. Warto było wydać każdą uzbieraną złotówkę. Warto mieć Playstation 3 dla tej gry. Warto było tyle czekać. Mimo mojej niechęci i wielkiego niesmaku dla gier pochodzących z Dalekiego Wschodu nie jestem w stanie nie docenić dzieła sympatycznego Japończyka - Hideo Kojimy. Dzieło te postaram się po krótce opisać i, jeśli mi się uda, obiektywnie ocenić. Warto teraz jednak zaznaczyć, iż produkt ten jest, jakby to ująć, czymś więcej niż tylko grą. Dlatego końcowa ocena to podsumowanie całości, a nie tylko gameplay’u - który, po prawdzie, jest dla mnie zawsze najważniejszy - w tym jednak wypadku wystąpił wyjątek od moich sztywnych zasad. Oto moja recenzja Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots na konsolę Playstation 3.

Na początku skupię się na tym co mnie w tej grze zachwyciło od samego początku - soundtrack. Ścieżka dźwiękowa jest bajeczna, wręcz cudowna. Zatraciłem się w tych nutach, nucę je praktycznie przez cały czas. Nawet muzyka w Uncharted 2 mnie tak nie porwała, poturbowała, przeżuła i wypluła. Nie wiem czemu, ale przez chwilę poczułem się wręcz niegodny słyszenia takiego czegoś, a takie uczucie nie spotkało mnie nigdy. Trzeba zaznaczyć, że napisane nuty idealnie wpasują się w to co widzimy na ekranie i podsycają odpowiednie uczucia tak dobrze, iż mam przed oczami sceny z gry jeśli tylko usłyszę odpowiedni dźwięk. Taka sytuacja również spotyka mnie pierwszy raz i jestem zadowolony, że mam okazję coś takiego przeżywać.
Głosy postaci nie odbiegają od poziomu ścieżki dźwiękowej. Widać od razu efekt poszukiwań odpowiednich aktorów do odpowiednich ról. W tej produkcji nie ma miejsca na błędy w złej intonacji tonowej, złego czytania znaków interpunkcyjnych czy bezbarwności tonów wypowiedzi. Każde najmniejsze słowo jest tak wypowiedziane, że nie potrafiłem znaleźć jakiegoś błędu lub potknięcia. A szukałem. Uwierzcie, byłem tak negatywnie nastawiony, iż specjalnie (na siłę?) starałem się dopatrzeć mankamentów. I nie potrafiłem. Pierwszy raz w życiu. Oczywiście, prócz tych, które wymienię w niniejszej recenzji.
Grafika natomiast budzi mieszane uczucia. Jak na standardy roku 2008 jest oczywiście bardzo dobra, ale chce się powiedzieć, że tylko “bardzo dobra”. Tekstury pomieszczeń, otoczenia i obiektów są wykonane z dbałością, ale niezbyt dużym polotem. Całość buduje przemyślane i świetnie skonstruowane etapy rozgrywki, jednakże nie powala na kolana i tutaj czuję największy niedosyt względem MGS4. Co innego natomiast tekstury postaci, głównych bohaterów i wrogów. Te zostały stworzone tak doskonale i tak niesamowicie z wyczuciem, iż ciężko mi jest uwierzyć, że to bohaterowie z gier. Ich mimika, gesty wspaniale wyglądają i emanują taką mocą, że ciężko było mi oderwać wzrok. Moje oczy chłonęły każdy szczegół, każde machnięcie ręką, każdą uniesioną brew i poczułem się pobity, pfuu, znokautowany. Warto również zauważyć, że otoczenie dobrze reaguje na wzorowe postacie. Tak więc piasek wytryskuje spod nóg, kiedy biegniemy, a jedynie lekko unosi się kiedy delikatnie stąpamy. Również w wymienionym piachu, bądź śniegu, każdy (powtarzam każdy!) zostawia ślady stóp. W zależności od tego czy ciężko idzie, czy lekko skrada, ślady są bardziej lub mniej widocznie, a to pomaga nam jak i przeciwnikom w szukaniu siebie nawzajem.

Fabuła w grze czy animowany film?
Jeśli uważacie, że soundtrack wychwaliłem tak mocno, iż jest to najmocniejszy element w grze to się mylicie i to bardzo. Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots opowiada historię wieńczącą całokształt dzieła Hideo Kojimy i zamyka wszystkie, absolutnie wszystkie, wątki nie pozostawiając miejsca na wątpliwości. Od razu przyznaję się bez bicia: nie grałem w żadną część serii. I z tego powodu przepraszam bo wiem, że w oczach fanów jestem tylko laikiem, który nie powinien się wypowiadać. Jak bowiem ocenić coś, czego zna się tylko koniec? Mimo wielu opinii, że nie ma żadnego wprowadzenia dla nowych graczy bardzo szybko odnalazłem się w fabule. Bez wątpienia nie wyłapałem żadnych smaczków i ukrytych nawiązań do poprzednich części, ale zrozumiałem przesłanie i zdążyłem zorientować się które wydarzenia mają ważną rangę, a które nie (chociaż takich było niewiele). Dlatego z czystym sumieniem podczas oglądania przerywników filmowych, trwającyh średni 25 minut, odczuwałem całą gamę uczuć. Pod koniec nawet się wzruszyłem i mało brakowało by pierwszy raz w moim życiu podczas grania łza spłynęła mi po policzku.

Warto teraz napisać o samej fabule i sposobie jej przedstawienia, to jest cut scenek. Co sprawia, że tak się nad tym rozwodzę i zachwalam w niebiosa? Wydarzenia przedstawiają się następująco: Liquid powiększył swoją armię PMC (Private Military Company) do tego stopnia, że jest porównywalna do armii U.S.A. Snake nagle się starzeje, ale ciągle pali, i otrzymuje misję zabicia swojego brata. Najgorsze jest jednak to, że Liquid stara się przejąć władzę nad SOP - Sons of the Patriots…
Historia z pozoru niezwykle sztampowa i przewidywalna. I z pozoru taka się wydawała, ale kiedy pograłem i pojawił się pierwszy pół godzinny przerywnik zrozumiałem jak bardzo się mylę. Mnogość wątków, niesamowite zwroty akcji, zdrady, śmierci, powroty - wszystko to co gra na uczuciach i sprawia, że mam ochotę powrócić do MGS4 jeszcze raz. Kiedy trzeba pojawiają się krzyki i przekleństwa, kiedy trzeba pojawiają się łzy - łzy…, zawsze uważam, że reżyserowie nie potrafią nimi umiejętnie operować. W tym wypadku jednak Hideo postawił mnie w takiej sytuacji, iż musiałem przyznać sam sobie - łzawe sceny z łzami wyglądają mniej sztucznie niż bez nich. A to sztuka sprawić bym coś takiego stwierdził. Cut scenki to kolejna cegiełka budująca dzieło. Przemyślane ujęcia kamery, napisane z polotem dialogi, zaskakująco dobrane gesty i ruchy bohaterów. To wszystko sprawia, że czułem się jakbym oglądał doskonały film akcji, a nie nudny filmik, który odrywa mnie od gry. Jednak to co jest główną siłą napędzającą mój zachwyt nad grą są żyjące, wspaniałe, zróżnicowane postacie.

Old Snake - elitarny żołnierz, który w wyniku mutacji wirusa niezwykle się starzeje. Wie, że powstrzymanie Liquida jest jego ostatnim zadaniem. Niepewny czy temu podoła jest pełen wątpliwości i sprzecznych emocji. Niewątpliwie świetny człowiek (?) którego autentycznie robiło mi się żal kiedy nagle dostawał spazmatycznego ataku kaszlu.
Drebin - czarnoskóry handlarz broni, który lubi sobie popić colę i wszędzie wozi ze sobą swoja małpkę.
Hal “Otacon” Emmerich - naukowiec pomagający Snake’owi. Wiecznie w okularach, trochę zagubiony, ale za to wierny i niezwykle pomocny. Uwielbiałem słuchać jego wywodów oraz ogólnie sprawia wrażenie porządnego gościa. Tak po prostu.
To tylko trójka z wielu bohaterów z którymi przyszło mi się zetknąć podczas mojej przygody. Jednak ta “trójca” najbardziej zapadła mi w pamięci. Są wyjątkowo dobrze pokazani i zobrazowani. Jeśli miałbym podać najbardziej realistyczne postacie to byliby to właśnie oni. Bez dwóch zdań.
Teraz, kiedy już opisałem to wszystko co stanowiło otoczkę wokół właściwej gry czas przejść do bijącego serca Guns of the Patriots.

Strzelanina vs. skradanka.
Wcielamy się w rolę Solid/Old Snake i kiedy już wiemy, że historia ma nas powalić na współkę z muzyką i modelami postaci od razu pojawia się pytanie jak na tym tle wypada element tak niezwykle ważny jak sam gameplay, który stanowi przecież o tym czy gra jest grą dobrą, słabą, czy przeciętną. I tutaj powiem szczerze zostałem pozytywnie zaskoczony. Spodziewałem się czegoś gorszego, o wiele gorszego. Nie oznacza to jednak, że zadowoliłem się byle czym. Co to to nie… Wracając do tematu. MGS4 można przechodzić na trzy różne sposoby. Wariant pierwszy: strzelamy bez opamiętania i mamy gdzieś kamuflaż. Wariant drugi: cichutko przekradamy się między wrogami i bezszelestnie ich ogłuszamy. Wariant trzeci: miks poprzednich. Teraz postaram się jak najlepiej opisać te dwa pierwsze.
W grze zainpletowano system osłon i sprawuje się on całkiem przyzwoicie, ale na dłuższą metę nie spełnia wymagań. Jest to jednak żadną przeszkodą by brutalnie pozbawiać przeciwników życia przy wykorzystaniu broni. A tych nasz protagonista ma przy sobie praktycznie bez liku. Co z tego, że światowe trendy zmuszają twórców do “realistyczności” i bohater może mieć maksymalnie dwie bronie przy sobie i granaty? Nasz Snake się tym w ogóle nie przejmuje i na bezczelnego taszczy ze sobą masę spluw, a do tego pełno jakiś gratów typu: beczka (?!), magazyn dla panów i, jakby inaczej, papierosy. Co bardzo mnie zaskoczyło do broni możemy dokupywać ulepszenia i tak z M16 zrobiłem snajperkę i shotguna. Taka wielofunkcyjna zabaweczka. Warto również zauważyć, że mimo faktu, iż w grze poruszamy się w trybie TPP to bez problemów możemy swobodnie, podczas strzelania, zmienić kamerę na tą z pierwszej osoby i dalej prowadzić ostrzał. Rozwiązanie zadowalające praktycznie wszystkich, a jak niezwykle proste. Aż dziw bierze kiedy pomyślę, iż czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
Skradanie dla mnie było bardzo satysfakcjonujące. Zostałem wyposażony w strój OctoCamo, który dopasowuje się kamuflażem do kolorów podłoża oraz SolidEye - takie fajne coś zakładane na oko, które ma w sobie trzy tryby widzenia. Normalny, noktowizyjny oraz przybliżający pole widzenia (lornetka). Należy zaznaczy, że SolidEye ma baterię i kiedy się rozładuje trzeba odczekać aż się z powrotem naładuje. Kiedy założymy te “wężowe oko” pojawiają się także paski przy wrogach symbolizujące ich stan życia oraz stresu. Wszystko bardzo przejrzyście skonstruowane. Kolejnym elementem ułatwiającym mi cichą eksterminację wrogów jest pistolet Mk.II wyposażony w strzałki ze środkiem usypiającym, nóż wyposażony w paralizator elektryczny oraz mały robocik Mk. II.

Mk.II to taka mała, słodka maszynka, która została wyposażona w kamuflaż który sprawia, że jest praktycznie niewidoczna. Dlatego bez przeszkód można ją wykorzystywać do infiltracji pomieszczeń oraz zabijania złych żołnierzy PMC elektrycznym wstrząsem przy użyciu kabla (widocznego na zdjęciu u góry). Niestety, on również ma baterię i na dodatek ograniczony zasięg więc raczej nie można z niego korzystać bez przerwy.
Snake porusza się w czterech pozycjach. Normalnym - swobodny bieg, przykucniętym - powoli truchta na wpół zgięty z opuszczoną głową, czołganie się - pada na ziemię i na koniec superczołganie - leży wręcz przyklejony do ziemii i poruszając jedynie stopami, niczym wąż, pełznie do przodu. Jeśli jednak dla kogoś czołganie zajmuje zbyt dużo czasu możemy swobodnie nałożyć na siebie karton bądź beczkę, którą ciągle mamy przy sobie, i w ten sposób się przekradać. Przytoczę tu teraz jeszcze odbicia śladów na śniegu, ziemi i piasku. Jest to niezwykle istotne podczas pewnego fragmentu gry, ale również w innych częściach rozgrywki. Bo o ile wrogowie, co oczywiste, dojdą do nas po śladach to my możemy je wykorzystać by poznać trasę ich pochodu (niezwykle przydatne podczas zamieci śnieżnej, za cholerę nic nie było widać).
Jeśli mam być szczery ja grałem raz tak, raz tak. Albo miałem dość i nagle wyskakiwałem z karabinem by rozstrzelać wszystkich, albo miałem chęć na zabawę i biegając w cieniu pukałem w ściany wodząc za nos strażników. Raz doprowadziłem do tego, że moi przeciwnicy zaczęli przerażeni dyskutować. Na prawdę, dawno się tak nie ubawiłem.

Mulitiplayer? Tutaj?!
A i owszem, pojawia się. Przyznam, że zostałem trochę zaskoczony, bo w sumie jak skradanie się ma zostać przełożone do rozgrywki przez internet? Lekko zmieszany kliknąłem odpowiedni napis i moim oczom ukazał się ekran aktualizacji/ściągania gry, który trwał siedem godzin. Mogę to zwalić na bakier mojego internetu, ale przeglądając fora wszyscy musieli czekać i ogólnie średnia długość ściągania oscyluje wokół sześciu godzin. W każdym bądź razie odczekałem swoje i napotkało mnie tworzenie dwóch kont. Przebrnąłem przez formularze, regulaminy, założyłem konta, potwierdziłem pochodzenie z Polski i wiek i w końcu pojawił mi się ekran gry. Teraz tylko pozostało mi stworzyć swoją postać - niestety tylko jedną, za następne trzeba płacić - i wyruszyłem “w teren”. Trzeba przyznać, że rozgrywka jest zbalansowana i możemy spokojnie strzelać do siebie, ale także skradać się w cieniu lub położyć plackiem w koncie i cierpliwie czekać. Innym wariantem jest strzelanie z broni usypiającej i dobijanie spokojnie przeciwników - taka sytuacja spotkała mnie kilka razy i to ja byłem ofiarą (HO!).
W rozgrywce przez PSN mamy kilka trybów. Jest typowy Deathmatch - drużynowy oraz pojedynczy, ale także taki gdzie każdy gracz ma swój kamuflaż, w zwykłej rozgrywce takiej opcji nie ma. Mamy również wariacje na temat kradzenia flag. Ale pozostały jeszcze dwa moje ulubione tryby. Jeden z nich to ten gdzie jeden z graczy gra Solid Snakiem, drugi Ml.II, a pozostali ich szukają i muszą zabić. Drugi wygląda tak, iż jeden z graczy jest kompletnie niewidzialny, a nasze zadanie polega na znalezieniu go i zabiciu. Jest to możliwe dzięki temu, że u pana niewidzialnego widać tylko broń i rzucany cień.

Dylemat.
Dotarłem w końcu do napisów końcowych i załamałem się. Mimo grania jedynie po godzinę-dwie dziennie Metal Gear Solid skończyło się strasznie szybko. Na liczniku podsumowującym wyświetliła mi się informacja, że przeszedłem produkcję w niespełna szesnaście godzin. Z czystym sumieniem muszę przyznać, iż połowa tego czasu to przerywniki filmowe. Na koniec, po tym wszystkim musiałem ochłonąć. Nabarać dystansu by być obiektywny. Przeciwnicy zawsze się jakiś błędów doszukają, ortodoksi również. Ja nie potrafiłem. Uważam, że Konami świetnie wywiązało się z powierzonego zadania. Powiem więcej: premiera GTA IV przyćmiła premierę również czwartej części serii o Snake’ach. I przez to trochę mi żal bo dla mnie to właśnie omawiana gra powinna dostać tytuł produkcji roku. Stało się jak stało, trudno. Nie popieram zdania, że dla jednej produkcji powinno się kupować konsolę. Ale jeśli jesteś fanem serii od wielu lat, warto uzbierać pieniądze. Jeśli nie - tak samo.
W moim osobistym odczuciu maksymalną notę powinna otrzymać “gra życia”. I sądziłem, że taka gra nigdy nie nadejdzie. Zawsze bowiem może być coś lepszego. Ale jaka gra bardziej zasługuje na pełną ocenę niż produkt, który podsumowuje kilkanaście lat serii, historii i w pewnym sensie życiorysu wielu ludzi? Żadna inna, tylko ta. I dlatego właśnie, bez wachania Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots dostaje ode mnie:
10/10
Wczytywanie...
Gra jest jedną z najlepszych, zasługuje na najwyższą ocenę, w pełni się zgadzam z recenzją !!!!!!!!!!!!!!!!!!!