Saga Ojca Chrzestnego jest dobrze znana wszystkim amatorom Mafii. Klimat, fabuła, poważne postacie, później wspaniała ekranizacja. Liczyłem na godną grę i co? I niestety wyszło tak jak zawsze. Grałem w jedynkę. Tak była niedopracowana, tak była źle zrobiona, tak postacie były drętwe, tak szyby nie były przezroczyste w autach (…), ale podobała mi się. I kiedy usłyszałem o premierze Ojca Chrzestnego II poleciałem do sklepu i kupiłem. Miało być więcej, lepiej i ładniej niż w jedynce. Odpaliłem grę i… oto recenzja gry Ojciec Chrzestny II na konsolę Xbox 360
Fabuła
Jeżeli liczyliście na wierną ekranizację to się srogo zawiedziecie. Opowieść jest pozmieniana. Oczywiście mamy słynną scenę z przesłuchaniem, ale takich smaczków jest niewiele. Swoją grę zaczynamy na Kubie gdzie mafijne rodziny spotkały się by rozdzielić między siebie zyski i tereny. Nowy ląd ze sprzyjającym rządem miał pogodzić wszelkie waśnie. Rzeczywistość okazuje się jednak jak zwykle, boleśnie, inna. Co bardziej zorientowani w historii Kuby już powinni domyślać się o co chodzi.
Oglądam sobie całkiem klimatyczny wstęp i zaczyna się rozrywka. “Rzeczywiście”- myślę z podziwem. “Wszystko wygląda naprawdę dobrze, a te płomienie i wybuchy sam miód!” - trzeba to przyznać panom z EA, że się postarali. Efekty związane z płonięciem są wykonane bardzo dobrze. Do perfekcji brakuje, ale to bardzo spory plus. Taki uradowany przeszedłem szybko swoisty samouczek i zaczęła się zabawa w Nowym Yorku. A tam… Kop w krocze. Ściany budynków płaskie i brzydkie. Brak jakichkolwiek szczegółów cieszących oko. Karoseria samochodów wgniata się przy najmniejszym uderzeniu o krawężnik. Myślę sobie: “Spokojnie. Będzie dobrze, będzie dobrze.” Ale nie, gra mi mówi “FUCK YOU”. Nie dość, że NY jest mały, że można spokojnie się poruszać pieszo to do tego tak strasznie nudny i monotonny, że miałem wielką chęć wyłączyć grę i pograć w GTA IV. Tam jest prawdziwy Nowy York. Ani razu w Ojcu Chrzestnym II nie naszła mnie myśl by się zatrzymać, albo chociaż zwolnić aby się czemuś przyjrzeć… “Ale to jeszcze nie koniec! Jeszcze Floryda i Kuba.” Co warto teraz uświadomić między miejscami poruszamy się samolotem co nas kompletnie nic nie kosztuje. Z jednej strony rozumiem, że Mafia i jej szerokie kręgi z drugiej odbiera to sporo realizmu.
Floryda jest największym obszarem dostępnym w grze więc należy się jej parę słów. Tu muszę przyznać, że twórcy wypadli lepiej. Mamy bardzo ładną paletę kolorów i barw. Można się wręcz zatracić się w klimacie wiecznych wakacji. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie pewien mankament. Cały czas miałem wrażenie, że to już było. A było to w produkcji panów z R*. Tak, pamiętne Vice City. Dokładnie ten tytuł miałem przed oczami jeżdżąc ulicami Florydy. Jest to jednak tylko moje wypaczenie i chorobliwe doszukiwanie się powiązań, ale niestety w tej części rozgrywki było widać to aż nad to.
Kuba jest. I tak ją można w sumie określić. Ot kilka ulic poprzecinanych wrakami aut. Jakoś niespecjalnie podobał mi się ten obszar bo był po prostu nudny. Nie oszukujmy się. Kraina równie brzydka co Wielkie Jabłko.
Ścieżka dźwiękowa. I tutaj niestety twórcy się nie popisali. W radiu, o ile można to nazwać radiem - przeskakujemy najzwyczajniej między piosenkami co jest skandalem - nie leci nic co wpadało by w ucho i skupiło na sobie uwagę. Oczywiście mamy miłe melodie które wprowadzają ten kubański klimat, ale nie ściągają na siebie uwagi. Występuje oczywiście charakterystyczna ścieżka z filmu, ale ona nawet nie uratuje braku jakiejkolwiek dobrej INNEJ ścieżki dźwiękowej. Odgłosy broni palnych są całkiem dobrej jakości i do czego nie mogę się przyczepić: wypowiadane przez postacie kwestie zostały również należycie nagrane.
Skoro moje oczy&uszy nie zostały dopieszczone może chociaż kciuki będą miały fajną robotę. Jako, że gramy z widoku trzeciej osoby mogę w pełni podziwiać ruchy bohatera. Pierwsze wymuszenie haraczu: HU HA wpadam do baru, leje kogo popadnie, krew bryzga, szantażuje faceta, wychodzę dumny i z szerokim uśmiechem na ustach. Drugie wymuszenie: HU HA wpadamy do magazynu, leje kogo popadnie, krew bryzga, szantażuję kobietę, wychodzę dumny. Trzecie: HU HA strzelam w kogo popadnie, krew bryzga, szantażuję, wychodzę. Trzynaste wymuszenie: wchodzę i atakuje mnie “O nie znowu to samo!”. Niestety do gry wkrada się schematyczność, która niszczy całą przyjemność z zabawy. Nie ratuje tego ani “Widok Dona”, ani możliwość “ulepszania” siebie i swoich jednostek. Policja to również minus zabawy. Wystarczy zabić jednego człowieka by na głowę zwalił nam się cały komisariat. Najlepszym wyjściem jest wtedy dać się zabić. Nie tracimy ani ekwipunku ani pieniędzy.
“Widok Dona” to taki miły aspekt tej gry. Gdy go uruchomimy pojawia nam się trójwymiarowa mapa miasta. Możemy na niej zarządzać swoimi lokalami obsadzając je ochroniarzami lub w razie kłopotów wysyłać wsparcie w postaci swoich, tych już ważniejszych, ludzi. W trybie tym możemy również wykorzystywać przysługi które zdobyliśmy robiąc zadania dla zwykłych mieszkańców co jest następnym absurdem. Bo o ile zadania dla szefa policji i ordynatora szpitalu mogę zrozumieć to pobicie niewiernego męża lub wysadzenie budynku konkurencyjnej firmy na zlecenie związków zawodowych doprowadza mnie do białej gorączki. My jesteśmy Donem rodzinny mafijnej do diaska, a nie chłopcem na posyłki! Widocznie EA ma inne poglądy na półświatek. Pomijając jednak moje żale przysługi są pomocne gdy chcemy by jeden z naszych ludzi szybko wyszedł ze szpitala lub więzienia. W “Widoku Dona” mamy również możliwość ulepszania siebie (by wzmocnić np. swoje zdrowie) jak i naszych wiernych kompanów. Właśnie: nasza rodzina.
Jednostki nam podległe zawsze mają jedną przypisaną cechę. Może to być podpalacz, lekarz, spec od elektroniki, maniak wyburzeń oraz mięśniak w grze nazywany silnorękim. Twórcy narzucają nam rekrutację poszczególnych rzezimieszków bo bez ich zdolności nie potrafimy przedostać się do ważnych części budynków itp. Po pewnym czasie gry możemy również awansować poszczególnych członków naszej Mafii na wyższe stopnie. Dzięki temu możemy im dać kolejną cechę. Sobie natomiast żadnej cechy dać nie możemy. Jakby nie patrzeć nasi kompani są głupi. Wbiegają pod lufę, nie umieją się schować za przeszkodę, często nie słuchają poleceń tak, że byłem zmuszony wciskać co chwilę klawisz pod którym był komenda “Za mną”. Irytujące. Druga sprawa, że przeciwnicy też zbytnio bystrzy nie są i ich eksterminacja nie sprawia problemów. Jedną osobą która wykrzesywała z siebie trochę inteligencji był medyk. Zawsze trzymał się blisko mnie i w razie utraty życia natychmiast reanimował.
Ojciec Chrzestny II posiada również mulitplayer który nie zasługuje nawet na osobny akapit. Dostajemy standardowy Deathmach, a do tego jest jeden unikatowy tryb w którego nie dane było mi zagrać z prostego powodu. Jeśli ktoś już decydował się na nie granie w pojedynkę grał jedynie w pierwszy z wymienionych wariantów. Szczerze mówiąc nie dziwię się bo po pewnym czasie miałem dość multi które prezentowała omawiana produkcja.
Ojciec Chrzestny II to gra nie najgorsza, ale również nie wybijająca się przed szereg. Gdyby została wydana dwa lata temu mógłby dać jej nawet 8/10. Niestety to smutna prawda. Ta produkcja to spóźniona premiera roku 2007. Moja ocena to:
6/10
Wczytywanie...
ta gra to jedna wielka pomyłka … widać że twórcy próbowali nabić kasy na znanym tytule … ale coś im nie poszło,ale i na pewno znalazły się osoby które sięgnęły po ten tytuł.
Ps.ponoć na kolejną część przyjdzie nam czekać 3 lata o ile wogule ujrzy światło dzienne…
Bardzo dobra recenzja