Recenzja: Mass Effect

mass_effect_logo_lg-580x167

Z powodu braku środków na nowe gry, w oczekiwaniu na drugą część kosmicznej sagi wykreowanej przez słynne studio BioWare pragnę przedstawić Wam (jeżeli jeszcze nie znacie) pierwszą część przygód komandor(a) Shepard(a). I muszę Wam powiedzieć, że nie bez powodu Mass Effect 2 jest jedną z najbardziej oczekiwanych premier przyszłego roku.

Na “dwójkę” czeka mnóstwo graczy na całym świecie, w tym również ja.  Mass Effect jest produkcją, którą można pokochać, ale bywają momenty, za które można ją znienawidzić i z impetem wyłączyć oraz odinstalować. Ja ostatecznie ukończyłem ją trzykrotnie. I muszę przyznać, że gdyby nie była taka liniowa, chętnie po raz kolejny bym do niej wrócił.

Ratuj galaktykę, Panie Potężny!

Zacznę może najpierw od początku, to jest tworzenia postaci. Płeć i wygląd postaci można modyfikować, jedynie nazwisko jest narzucone.  Do wyboru zostają udostępnione także historie początkowe, które nie mają aż tak wielkiego wpływu, jak mogłoby się wydawać. Wpływają jeno na premię do moralności, ale o tym później. Kolejnym elementem, który wybiera gracz jest profesja. Biotyk korzysta głównie z pewnych mocy, Inżynier potrafi deszyfrować zamki, a Żołnierz- wiadomo. Oprócz wymienionej trójki do wyboru są jeszcze “miksy”, co sprawia, że nasza postać jest bardziej wszechstronna, ale umiejętności w każdej cesze ma mniej rozwinięte. I w zasadzie to by było na tyle, postać gotowa.

masseffect5

W porządku, zaczynamy jako komandor na statku ziemskiego wojska o nazwie “Przymierze”.  Protagonista jest kandydatem na tzw. Widmo- żołnierza na usługach Rady Galaktyki, któremu przysługują pewne przywileje. Ażeby przekonać, iż wybór jest dobry, wysłane zostaje inne Widmo, które ma sprawdzić kandydata. Pierwszą misją jest odzyskanie nadajnika Protean- wymarłej rasy,  z ludzkiej kolonii na planecie Eden Prime.  To właśnie jest samouczek.
Na dobre wkroczymy do gry po mniej więcej trzech godzinach. Wtedy to wyruszymy w “epicką” podróż w poszukiwaniu złego Saren’a i krzyżowaniu jego niecnych planów. Fabuła jest iście holywoodzka (w złym tego słowa znaczeniu), ale przynajmniej dobrze opowiedziana.

Nie strzelaj tyle, bo broń się przegrzeje!

Konstrukcja Mass Effect przypomina Knight’s of the Old Republic, to znaczy po raz kolejny nie obejdzie się bez drużyny i podróżowania po różnych planetach. Gdyby nie zmiana uniwersum, stałoby się to już nudne.
Jak na porządną grę fabularną przystało, pojawiają się i zadania poboczne. Żeby nie być zbyt kolokwialnym powiem jedynie, że to poważna wada tej produkcji. Zostały zrobione jakby od niechcenia, trzeba się sporo namęczyć, by je ukończyć, a wszystko wygląda w zasadzie tak samo.
I jeszcze podróżowanie po niezamieszkanych planetach, ałć! Mako- pojazd, którym będziemy owe planety zwiedzać, ma za zadanie utrudnić nam rozgrywkę do granic możliwości, i co gorsza udaje mu się to. Zanim uda się wjechać na wysoko położony teren, gracz napsuje sobie krwi, chyba że ma cierpliwość żółwia. Każda nierówność może zmienić kierunek jazdy. Jak dobrze, że to jedyny pojazd, z jakim przyjdzie nam stawić czoło.
Bardzo ciekawie został rozwiązany aspekt amunicji. Mianowicie nie istnieje. Jedyne, co może się stać z naszą bronią, to przegrzanie. A to powoduje, iż przez kilka sekund nie można strzelać. Bardzo fajnie pomyślane, jednak ja jestem za starą, dobrą amunicją, którą należy zbierać.

No właśnie- drużyna. Docelowo podróżujemy z szóstką postaci różnych ras, zaś do oddziału wybieramy dwóch.  Niejednokrotnie znajdziemy się w sytuacji, podczas której życie członka drużyny będzie zagrożone. Warto także wspomnieć o słynnej, kontrowersyjnej możliwości romansu. W przypadku grania kobietą protagonista staje się obiektem pożądania jednej postaci, zaś mężczyzną- dwóch. Tylko dlaczego zrobiono z tego taką wielką rzecz, skoro nie ma tam nawet nic pokazane? Ok, rozumiem, sama scena dwóch całujących się kobiet jest dziwna, ale to świadczy o pewnej rzeczy- BioWare jest tolerancyjne.

Pomyślałem, że warto w tym momencie wspomnieć o legendarnych windach. To po prostu taka alternatywa dla ekranu wczytywania, która zdarzała się dość często.Od czasu do czasu niezręczną ciszę i irytująca muzyczkę w windzie przerywają rozmowy towarzyszy lub ogłoszenia w radiu.  Niby nie miałbym pretensji, gdyby nie fakt, że postaci stoją jak kołki i za nic się nie ruszą.

masseffect2

Nowy poziom, większa premia

Shepard awansuje z poziomu na poziom. Dzięki temu ma więcej umiejętności do wydania w drzewku, które uproszczone zostało do minimum. Umiejętności są inne, zależnie od tego, jaką profesję wybraliśmy na początku. Wielkiej filozofii w inwestowaniu nie ma, po prostu im wyższy poziom danej umiejętności, tym większa premia do czegoś tam i ewentualnie odblokowanie mocy wpływającej na coś tam.

Oprócz umiejętności wraz z awansem wzrasta ilość zdobywanych pieniędzy, zwanych kredytami (nawet nazwę waluty musieli zerżnąć z KotOR’a?!) za wykonanie zadania. Jak się zapewne domyślacie, za kredyty można kupić broń, pancerz oraz ulepszenia do jednego i drugiego zarówno dla nas, jak i drużyny.

Zależnie od tego, jak wykonamy zadania i jaki stosunek będziemy mieli do innych bohaterów zmieni się nam pasek moralności. Są dwie strony: idealista oraz renegat. Wpływa to głównie na umiejętności, które jeśli rozwiniemy, pojawią się nowe opcje dialogowe.

W poszukiwaniu nowości…

Dochodzimy zatem do najbardziej solidnej strony gry- oprawy audiowizualnej. Jak na realia 2007 roku (wtedy premierę miała wersja na Xboxa 360, wersja PC pojawiła się w lipcu 2008) wygląda całkiem przyzwoicie. Wersja PC nie została niestety wzbogacona o ładniejsze widoczki, czy tekstury, choć od wersji konsolowej różni się tym, że nie była kompresowana, a co za tym idzie, wygląda na troszeczkę bardziej dopracowaną. Grę napędza dość często eksploatowany silnik Unreal Engine 3.
Na szczególną uwagę zasłużył system dialogów. Gestykulacja i mimika twarzy bardzo mi się spodobały, poza tym ciekawie wygląda też system prowadzenia rozmów. Jest płynny, gdyż kółeczko odpowiedzi pojawia się jeszcze, zanim druga postać zakończy swoją kwestię. Ogółem duży plus za to.

masseffect4

Dzieło kanadyjskiej ekipy okraszone jest bardzo specyficzną i miłą dla ucha oprawą dźwiękową. Chodzi mi tu głównie o muzykę, bo dźwięki broni brzmią trochę dziwnie, ale to w końcu przyszłość, nie mi osądzać jak wtedy będzie brzmieć broń. Szczególnie podobają mi się nutki z samego początku gry oraz listy płac. W trakcie rozgrywki owszem, pojawia się fajna muzyczka, ale powtarza się co jakiś czas i traci przez to na magii.

Opowiem też o polonizacji, która wcale nie jest taka zła, jak wszyscy mówią. Przypomnę może przechwałki CD Projektu, była to największa polonizacja w historii gier. Była, albowiem niedawno wydane Dragon Age przebija ją co najmniej dwukrotnie.
Fakt faktem, Dorociński grał różnie, niektóre fragmenty wyszły świetnie, inne były jakby wymuszone. Z pozostałymi głosami bardzo podobnie, z wyjątkiem jednego. Świetnie została zagrana postać Wrexa, ale to głównie dzięki tłumaczom. Z ckliwego, honorowego wojownika w angielskiej wersji zmienił się w nie wzbudzającego współczucia chama. Moim zdaniem to wychodzi mu na plus, ale dużo osób się pewnie ze mną nie zgodzi.

masseffect

Sequelu, nadejdź!

Mass Effect wielu fanom się spodobał, wielu go znienawidziło. Podobnie jest z samą grą. Wiele momentów, dzięki którym mogłaby zostać produkcją roku, ale wiele argumentów przemawia z tym, że ME ssie.
Należę do tej pierwszej grupy. Wciągnąłem się w opowieść Shepard(a) tak bardzo, że po pierwszym ukończeniu nawet nie zwracałem uwagi na wady. Jednak z każdym kolejnym kontaktem stopniowo zauważałem coraz więcej mankamentów. Mimo wszystko bardzo mi się przygoda podobała, porwała na wiele godzin. Jeżeli druga część zostanie pozbawiona tych elementów, które gracze uważają za słabe, to szykuje się wspaniała kontynuacja. Dziękuję.

Ja już chcę drugą część!

8.4/10

One Response to “Recenzja: Mass Effect”

  1. Ciekawa recenzja. Pozdrawiam
    http://gametank.pl/?page_id=436

Pozostaw dla nas komentarz