Piranha Bytes co prawda straciła prawa do marki Gothic, jedyną serię, jaką miała w dorobku. Bardzo ciekaw byłem, jak deweloperzy poradzą sobie z inną grą. Sporą wadą ich gier było niedopracowanie techniczne. Czy Risen jest wolny od błędów poprzednich gier Piranii z zachowanym równie wielkim klimatem? Zobaczmy…
Twórcy wielokrotnie powtarzali, że jest to duchowy spadkobierca Gothic’a. Jako fan przygód Bezimiennego i gatunku RPG po prostu nie mogłem sobie tej gry odpuścić. Nie spodziewałem się co prawda jakiejś rewelacji, rewolucji czy czegoś innego. Usiadłem przed komputerem włączając Risen’a, licząc na rozgrywkę identyczną, acz bardziej dopracowaną technicznie od poprzednich produkcji. Nie przeliczyłem się.
Bezimienny, znowu…
Dla jasności już tutaj powiem, że Risen nie jest erpegiem takim, jakie aktualnie wychodzą. To znaczy nie tworzy się tutaj drużyny, a decyzje moralne nie mają aż tak dużego wpływu na przyszłość bohatera, tym niemniej jest epicko.
Piranie jadą po tym samym schemacie co niegdyś, czyli Bezimienny nie pamiętający i nie potrafiący nic, ratujący wszystkich przed zagładą. No dobra, to tylko początek, może jak akcja się rozkręci będzie ciekawiej.
Nasz bohater po sztormie, wyrzucony przez wodę, trafia na wyspę o wdzięcznej nazwie Faranga. Wcześniej podróżował statkiem Inkwizycji. Nie wiadomo dlaczego (twórcy twierdzą, że dzięki temu możemy się z postacią utożsamić). Zapoznaje się z sytuacją tutejszych. Nie jest dobrze. Spod ziemi wyrosły ruiny, co sprawiło, że na wyspę przybył Inkwizytor, mag magów i zaprowadził tam swoje prawo i porządek. W końcu z naszą pomocą rozbitek opowiada się po stronie jednej z trzech frakcji. I tutaj muszę grę pochwalić- gra do tego czasu, a nawet jeszcze kilka godzin później, jest całkowicie nieliniowa. To my decydujemy, czy pomożemy w mieście bandytom, czy Białym Szatom- wojownikom Inkwizytora, albo dołączymy do magów. Wybór jest spory, zadań do wykonania dla każdej ze stron również. Dlatego też warto przejść Risen’a więcej niż raz, bo świat ten ma nam naprawdę wiele do zaoferowania.
40 godzin “emocjonującej” rozgrywki
Kiedy trafiamy do Miasta- nie licząc klasztoru jedynego zabudowanego, ogrodzonego i chronionego przez Inkwizycję terenu zwanego dalej miastem, na naszą głowę spada szereg questów do wykonania. Ogólnie rzecz biorąc, przez cały czas będzie jakieś zadanie do wykonania, nieważne, czy główne, poboczne, czy wykonane przez przypadek przed przyjęciem zlecenia. Większość z nich jest albo banalna, albo strasznie frustrująca, ale przeważnie chodzi o coś w stylu “Zanieś to gdzieś komuś”, albo “Przynieś mi coś, nie wiem gdzie to jest, ale przynieś”. Ale są też wyjątki. Na przykład zadanie, gdzie trzeba było liczyć w pamięci…trochę mnie ono zatkało, ale w porządku, wykonałem.
Należąc już do jednej z frakcji, czyli po kilku godzinach gry, otrzymujemy questa z gatunku “frustrujący”. Na całej wyspie- swoją drogą jest ona spora- trzeba znaleźć cztery dyski. Nie wiadomo gdzie one są, kto je ma, ale ważne, że istnieją i my musimy je odnaleźć podróżując po całej lokacji. I tak oto koczując z jednej strony mapy na drugą, co pięć minut trafiamy na grupę potworków lub postać niezależną, która ufa nam na tyle, że od razu powierza zadanie do wykonania. Poruszanie po wyspie ułatwiają nam kamienie teleportacyjne, ale najpierw musisz je przecież znaleźć. Tego typu przygód jest więcej, dlatego nie dziwię się, że z grą można męczyć się nawet czterdzieści godzin.
Na uwagę zasługuje jednak sam początek. Nudny jak flaki z olejem, chociaż flaki da się jeszcze zjeść. Jest to spowodowane tym, że musimy krążyć po bezpiecznych miejscach, by zdobyć broń, ciuch i umiejętności. Co jak co, ale Risen to trudny jest.
Ciężko potęgę zbudować
Jedną z niewielu różnic pomiędzy “Gotykiem”, a Risenem jest system walki i mechanika. O ile jeszcze to drugie jakoś mocno nie odbiega od poprzednich dzieł PB, to pierwszy element na pewno.
W G3 wystarczyło bezmyślnie klikać na przeciwnika, od czasu do czasu blokując jego uderzenie, co oczywiście nie znaczy, że pojedynki były łatwe. W jeszcze starszych częściach zabawne, acz wygodne sterowanie pozwalało na wykonanie sekwencji trzech do pięciu ciosów (mowa o walce w zwarciu). Najnowsza gra odmieniła jednak oblicze walki. Jest ekscytująca i szybka, polega na unikach i kontrach. Bezmyślne klikanie może doprowadzić nas do zguby, o czym prędko się przekonamy.
Czas na omówienie elementu ściśle związanego z walką- mechaniki. Naszą postać określają trzy główne atrybuty: Siła, Zręczność i Mądrość. Pierwszy sprawia, że lepiej posługujemy się bronią do walki w zwarciu, drugi jest głównie do dystansowej walki łukiem lub kuszą, trzeci natomiast jest najważniejszym atrybutem związanym z magią. Punkty życia, w przeciwieństwie do Gothic’ów, przyznawane są za każdy kolejny zdobyty poziom, oprócz tego z każdym następnym levelem nabija nam się na konto dziesięć punktów nauki. Te można wydać na udoskonalenie walki bronią (mieczem, toporem, kosturem, łukiem i kuszą), posługiwaniem się magią (korzystanie z kryształów, run, tworzenie zwojów, alchemia), umiejętności złodziejskich (skradanie się, otwieranie zamków, kradzież kieszonkowa) i wiele innych (kowalstwo, myślistwo, akrobatyka). Najwięcej, bo aż po dziesięć poziomów mają umiejętności związane z używaniem broni. Z każdym kolejnym poziomem protagonista uczy się nowych ciosów i parowania. W końcu z tego wszystkiego będzie mógł tworzyć kombinacje.
Toż to pasztet!
Kolejnym elementem będzie oprawa audiowizualna. Najpierw przejdźmy do grafiki. Niewieloma elementami odbiega ona od oprawy z Gothic 3. Charakterystyczna dla gier Piranii jest ładnie wyglądająca roślinność i widoczki, których nie brakuje i tutaj. Jest tylko jedna wada. Bolesna wada. Przedstawicielki płci pięknej mają tylko dwa (!) modele. Paskudne, dodam. Kiedy spotkałem po raz pierwszy ten drugi model, miałem ochotę ugryźć się we własną twarz. Kobiety w Risen’ie zostały okaleczone i liczę, że przy ewentualnych kolejnych projektach nie będę miał przyjemności oglądać tego “tworu”. Niech się następnym razem Niemcy lepiej przyłożą do modeli!
Audio to chyba jedyny element, do którego przyczepić się nie sposób. Najważniejszy element budujący klimat to zdecydowanie muzyka. Przynajmniej w tej grze. Kai Rosenkranz- kompozytor znany z poprzednich Gothic’ów wykonał kawał dobrej roboty. Nuty żywe przeplatające się ze spokojniejszymi melodiami, wszystko zależne od sytuacji w jakiej się znajdujemy. Słowem rewelacja.
Straszne, ale zabawne
Trochę się rozpisałem, a do omówienia pozostało jeszcze parę elementów. Między innymi animacje. Są one brzydkie i biedne. Czasem zdawało mi się, że to po prostu jakiś budżetowy RPG. Animacja skoku na przykład. Widać, że fizyka to zamknięty dla Piranha Bytes świat pełen zasad, których wstyd przestrzegać. Bezimienny skacząc ze schodów prowadzących w dół, od momentu wzbicia, do zakończenia animacji nie spada… Spadnie dopiero chwilkę później, ryzykując małą stratę paska życia. Animacja wykopywania skarbu również zasługuje na wyróżnienie. Bohater sięga po łopatę, wbija ją w ziemię i wyciąga…nic. Z miejsca również nie ubyło, ale rozbitek dopatruje się skrzynki, którą chwilę później wyciąga z miejsca, które wygląda identycznie jak przed kopaniem.
Kod wreszcie prawidłowy?
A jak ma się strona techniczna produktu? Odpowiedź brzmi: nieźle, wiele lepiej niż w sadze Gothic. Jak dotąd ani razu nie zostałem brutalnie poinformowany o problemie z pamięcią i prośbą o wystosowanie raportu o błędach. Ani razu także moja postać nie ugrzęzła w ziemi. Nareszcie Piranie odrobiły lekcje, ale jednym z powodów może być też czas, bo nareszcie nie gonił ich wydawca. Jeżeli miałbym wskazać największe różnice i postęp względem ich poprzednich gier, wybrałbym właśnie stronę techniczną.
Werdykt
Risen jest dobrą grą RPG. Tylko dobrą. Powrót do korzeni Gothic’a był pomysłem niezłym. Ale jeżeli chodzi o ocenę końcową, to jestem rozdarty. Z jednej strony klimat godny pierwszych części, poprawiony stan techniczny, system walki i nie oszukujmy się- długa gra, bo można ją przechodzić kilka razy.
Z drugiej strony gra często nudzi, przez co nie wciąga tak, jak powinna, zadania przytłaczają, a animacje zrażają. Do tego jeszcze niewiele różnic w stosunku do serii Gothic. Jest ich tak mało, że można by śmiało powiedzieć, że to gra z tej samej serii, a różnią je tylko tytuły i świat.
Ostatecznie mogę to powiedzieć: ta gra jest na pewno lepsza od Gothic’a 3 pod względem grywalności, klimatu, strony technicznej a także wyzwania, jakie sprawia (słowem jest od trójki ogólnie lepsza). Jako fan przygód “starego” Bezimiennego, z lekkim przymrużeniem oka mogę postawić Risen’owi mocną siódemkę.
Dla tych, co lubili G 3- dodajcie sobie pół punktu
7,5/10
Wczytywanie...
Dobrze to ująłeś ^^